wtorek, 3 lipca 2012

Rozdział 6

   Dość silny wiatr rozdarł chmury, a spomiędzy ich strzępów wyjrzał blady księżyc. Wkrótce ciemność ogarnęła niemal całą okolicę, a w oddali widać było tylko delikatnie połyskującą wodę w stawie, nad którym wierzby pochyliły się z westchnieniem. Wydawałoby się, że nic ani nikt nie był w stanie przerwać tej wieczornej ciszy i stoickiego spokoju, jednak tuż po chwili rozległ się przeraźliwy pisk opon, trących o zimny asfalt. Następnie dostrzec można było światła samochodu rozproszone dosłownie wszędzie, a później odlatujące ze strachem ptaki, które dotąd zajmowały pozornie bezpieczne miejsce na pobliskim drzewie. Lena, w wyniku gwałtownego hamowania, prawie rozbiłaby sobie głowę, mimo tego, iż chronił ją pas bezpieczeństwa. W ostateczności lądując na Gerardzie, lekko przygniatała go swoim ciężarem. Szybko jednak podniosła się, zachowując trzeźwy umysł. Nie ukrywała przerażenia, które wciąż jeszcze wymalowane było na jej twarzy i choć oświetlenie nie należało nawet do przeciętnych, z łatwością można było to dostrzec. Nic dziwnego, że się bała. Popatrzyła na swojego towarzysza, który zdawał się być równie zdezorientowany, co ona.
- Co to właściwie było?! - odezwał się nagle, a Lena zmarszczyła nos i rozmasowała swoje kolano, po czym przyłożyła wskazujący palec do ust.
- Nie krzycz tak. Jeszcze nas usłyszą.
- Kto nas usłyszy? Powiedz mi, o co tu chodzi. Dlaczego właściwie uciekamy? Nie jestem ślepy. A to dopiero niespodzianka, co? Widzę, że coś się dzieje.
Dziewczyna obdarowała go błagalnym spojrzeniem widząc, że nijak się uspokoił, i nerwowo rozejrzała się dookoła. Na szczęście nie dostrzegła niczego, co mogłoby wzbudzić niepokój, przynajmniej na razie. Wszystko wydawało się być spokojne i bezpieczne, zupełnie jak przedtem. Odpięła pas, zauważając, że Gerard również to zrobił.
- Czekaj, gdzie my właściwie jesteśmy? - Jeszcze raz się rozejrzała, ale sama sobie nie potrafiła na to pytanie odpowiedzieć. Chłopak spojrzał na nią znacząco, prawdopodobnie sądząc, że to kolejna wymówka mająca na celu odwrócenie jego uwagi od poprzedniego tematu. Lena zorientowała się w porę, o czym pomyślał i ruchem głowy tylko zaprzeczyła, jednocześnie prosząc go o odpowiedź, która najwidoczniej musiała być dla niej dość istotna.
- Jakieś czterdzieści kilometrów od Blackhollow, jeśli się nie mylę.
- Dobrze. Myślisz, że tu jest bezpiecznie? Zgubiliśmy ich?
Gerard ponownie obdarzył ją spojrzeniem, które oznaczało, że tak naprawdę nie miał pojęcia, o czym mowa i pragnął, by Lena wreszcie uraczyła go jakimikolwiek wyjaśnieniami. Należały mu się. Ta, stwierdzając, że najprawdopodobniej nie było nikogo w pobliżu, zaryzykowała i otworzyła drzwi, po czym wyszła z auta. Młodzieniec poszedł w jej ślady i już po chwili usadowili się na jakimś murku.
   Pomimo wiatru noc była ciepła. Świeże powietrze, bo lasy znajdowały się wokół, i gdzieś w oddali huczące cichutko sowy, które ani nie zakłócały nocnego spokoju. W przeciwieństwie do Leny, gdyż ta z kolei, narzekając na swoje obolałe ciało zaczynała już denerwować Gerarda. Przewracał co chwilę oczyma we wszystkich kierunkach, jednak cierpliwie czekał, aż ona przestanie jęczeć.
- A więc słucham - Zgarnął jeden z kosmyków włosów za ucho i począł szukać czegoś w kieszeni. Wyciągnął w końcu paczkę papierosów i wkładając jeden z nich do ust, podpalił go zapalniczką. Skierował opakowanie w kierunku Leny, a ona grzecznie odmówiła i przez chwilę jeszcze zbierała myśli, kreśląc przy tym stopą niewielkie okręgi na ziemi. Wzięła głęboki oddech, zaczynając wreszcie opowiadać wszystko od początku...
   Państwo Watsford należało do rodziny nieprzeciętnie bogatej. Za życia, rodzice Leny byli właścicielami firmy, z której czerpali ogromne zyski. I właśnie wtedy zaczął się koszmar. Kiedy matka Leny została uprowadzona przez wspomniany wcześniej gang, by przywrócić jej wolność trzeba było zapłacić niewyobrażalnie wielką sumę pieniędzy. Kochający mąż, będąc na skraju załamania, znalazł jednak odpowiednią kwotę i oddał ją natychmiast, żeby jak najprędzej mieć żonę z powrotem przy sobie. Aczkolwiek nie było tak łatwo, jak mogłoby się zdawać. Mężczyźni oszukali ojca dziewczyny i wcale nie zwrócili swojej zdobyczy. Wtedy Steve Watsford postanowił zawiadomić o tym policję, która niestety nie zdziałała zbyt wiele w tym przypadku. Właściwie, pogorszyła nawet sytuację, ponieważ gdy gang się o tym dowiedział, pozbawił życia matkę Leny. Dziewczynie na samo wspomnienie oczy zaszły łzami, ale wiedziała, że nie było sensu płakać, gdyż to nie przywróci nikogo do istnienia. To jednak stawało się silniejsze od niej, więc co chwilę musiała przerywać swój monolog, by nabrać powietrza i jakkolwiek się uspokoić, ponieważ łzy spływające do gardła sprawiały, że niemal się dławiła. Kontynuując swą historię nie śmiała nawet spojrzeć na towarzysza, który ze współczuciem i w milczeniu jej wysłuchiwał. Starając się zapanować nad drżącym głosem, powoli wyrzucała z siebie słowa.
   Na wiadomość o śmierci żony, Steve popadł w depresję. Przez krótki czas żył w złudnej nadziei, że w końcu się przyzwyczai. Nie doszedł jednak do siebie, za bardzo ją kochał. Kierowany impulsem, popełnił samobójstwo. Wyrządził tym krzywdę nie tylko sobie, lecz także swojej córce, choć wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Być może zachował się egoistycznie, ale jedyne, czego wtedy pragnął to tego, by wszystkie jego smutki i problemy zniknęły. Nie widział innego rozwiązania.
   Tego, co działo się później nie można już było nazwać życiem. Dla Leny był to prawdziwy koszmar. Opieka Samary opierała się jedynie na czerpaniu zysków i życiu w luksusie, który miała zapewniony podczas mieszkania z Leną. Zresztą prowadzona przez rodziców firma, później zakończyła już działalność, a ciotka dziewczyny nie posiadała żadnej pracy, dlatego dochodów było coraz mniej. Kiedy młoda dziewczyna, w efekcie kolejnej kłótni ze współlokatorką, opuściła dom, nie miała pojęcia, że Avenging Angels nie skończyło z nią jeszcze ,,zabawy’’. No tak, w końcu tamci – na jej nieszczęście – należeli do takich, którzy po trupach dochodzili do celu. I to w dosłownym znaczeniu. Wtedy zrozumiała, że jej życie wisiało na włosku i nic nie mogła z tym zrobić. Policja do tej pory nie dała sobie rady ze schwytaniem gangu, a Lena…
- A teraz chciałabym tylko odwiedzić Scarlett. Uważam, że mogę liczyć na jej wsparcie. Wiesz, to w końcu moja przyjaciółka. – Zakończyła swoją opowieść, po czym odetchnęła. Przez chwilę wyglądała jakby właśnie pozbyła się jakiegoś ogromnego ciężaru. I tak chyba rzeczywiście było. Trochę jej ulżyło.
- Zabawne. Mam dobrą koleżankę o tym samym imieniu - Uśmiechnął się blado, jakoś inaczej. Lena odniosła wrażenie, że celowo skupił się właśnie na tym, by nie powracać już do opowiedzianej przez nią historii, wiedząc, że nie był to temat przyjemny. Dziewczyna była mu wdzięczna, że nie wypytywał ją o szczegóły, których nie miała siły ani ochoty zdradzać. Żadne z nich nie odezwało się więcej.
Gerard zmarszczył brwi, jakby intensywnie nad czymś myślał, raz po raz wypuszczając z ust dym, trzeciego z kolei papierosa.
- Dlaczego palisz? - spytała, przerywając milczenie, które trwało już od dłuższej chwili. Lena nie była zachwycona tym, co robił. To ją wręcz drażniło.
- A dlaczego miałbym tego nie robić?
- Zastanówmy się. Może dlatego, że to szkodzi twojemu zdrowiu?
- A kim ty jesteś, żeby się o mnie martwić?
Westchnęła tylko, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Po tym, jak wyjawiła swoją historię, atmosfera między nimi zrobiła się jakaś dziwnie napięta. Gerard pogrążony był w swoich rozmyślaniach, a dziewczyna śmiała nawet sądzić, że nie słuchał jej dokładnie i tylko bezmyślnie coś pomrukiwał, niby odpowiadając jej na zadane pytania. Delikatnie zerknęła na niego, a ten, nie przerywając wcześniejszej czynności, wpatrywał się tępo w jakiś niewidzialny dla Leny punkt.
- Uratowałeś mi życie. Staram się robić podobnie i być może odwdzięczyć się w jakiś sposób.
- Przecież podziękowałaś, wystarczy.
Na twarzy dziewczyny pojawił się grymas niezadowolenia. Ściągnęła brwi i wstając, skrzyżowała ręce na piersi. Przed chwilą odniosła wrażenie, że jej towarzysz wcale nie miał ochoty na rozmowę z nią, a ona tylko niepotrzebnie go męczyła. Postanowiła jednak nie dawać za wygraną.
- Po prostu nie mogę patrzeć na ludzi, którzy w tak bezmyślny sposób sobie szkodzą – odezwała się ponownie, będąc niemal pewną, że uzyska odpowiedź: ,,no to nie patrz’’ albo coś w ten deseń.
Chłopak podniósł się jednak i ruszył w stronę Leny. W błyskawicznym tempie zbliżył się do niej na niebezpieczną odległość. Zaciągając się ostatni raz, wyjął papierosa z ust, upuszczając go w końcu na ziemię. Ujął twarz dziewczyny, spoglądając jej w oczy. Ich nosy prawie się stykały, a oddech był przyspieszony. Gerard odwrócił nagle wzrok i zgniótł papierosa podeszwą buta, uśmiechając się do koleżanki, po czym ominął ją i ruszył przed siebie. Stała tak jeszcze nieruchomo przez chwilę, odczuwając satysfakcję i widząc jedynie zarys jego ginącej w ciemnościach postaci. Dopiero kiedy zupełnie straciła go z oczu, dotarło do niej, że została sama. Dokąd poszedł? Z powrotem opadła bezradnie na murek, modląc się o to, by za chwilę tu wrócił. Oglądała ze znudzeniem swoje paznokcie, uważając, by czasem ze strachu ich nie obgryźć, i starała się nie zwracać uwagi na wszystko, co ją otaczało. W tym momencie akurat żałowała, że jej wyobraźnia była tak bujna.
   Głuchą ciszę przerywał jedynie podmuch wiatru, który targał na przemian koronami drzew i włosami dziewczyny. Lena zrobiła się senna i zmęczona czekaniem, a jej powieki prawie się zamykały. Do trzeźwości przywrócił ją czyjś dotyk.
- Powiadamiałaś policję?
- Gerard!
- Wystraszyłem cię?
- Nie… – skłamała. Pojawił się tak nagle, a jej serce omal nie podeszło do gardła i zrobiła się blada; nie było jednak widać tego w ciemności. Odwrócona do niego tyłem, chwilę później poczuła dłonie Gerarda na swoich biodrach. Z cichym westchnieniem zwróciła głowę w kierunku kolegi, jednocześnie delikatnym ruchem zsuwając jego dłonie. – Gdzie byłeś?
- Poszedłem tylko na siku.
Mimowolnie parsknęła śmiechem, a on usiadł obok niej i zauważając, że była zmęczona, pozwolił, by oparła głowę o jego ramię.
- Naprawdę nie chciałbym cię męczyć, ale powiadamiałaś policję? –ponowił pytanie natomiast dziewczyna zaprzeczyła tylko delikatnym ruchem głowy i z powrotem oparła się o swojego towarzysza.
Przymknęła oczy z rozkoszą, zakładając nogę na nogę. Marzyła teraz o wygodnym, ciepłym łóżku, ale w takich okolicznościach ramię kolegi zdawało się być idealnym rozwiązaniem. Nie dane było jednak nacieszyć się tym zbyt długo, bo po chwili chłopak podniósł się gwałtownie i rzekł zdecydowanym tonem:
- Musimy to zgłosić.
Miał na myśli, oczywiście, sprawę z mordercą. Według niego już dawno powinno to być załatwione. Aczkolwiek z pewnością nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie było to tak proste, jak przedstawiał. Lena więc szybko temu zaprzeczyła, a przynajmniej próbowała, ponieważ był nieugięty.
- Policja nie da sobie z tym rady. Mówiłam ci jak było z moimi rodzicami. Oni dowiedzą się o tym, zanim zdążylibyśmy cokolwiek zrobić, a później znajdą mnie i zabiją.
- Więc dlaczego teraz cię szukają? Myślę, że nie masz nic do stracenia.
- Ach, czyli życie to dla ciebie nic? Wiesz co, lepiej będzie, jeśli sama to załatwię, po swojemu. - Może to rozsądne podejmowanie decyzji jeszcze nie do końca jej wychodziło, ale na usprawiedliwienie przyjmijmy, że była to sytuacja ekstremalna. Trzeba działać szybko i skutecznie. Skoro tak, to czy aby na pewno decyzja Leny okazałaby się skuteczna? A jeśli to Gerard jednak miał rację? Cóż, jak to mówią – tak źle i tak niedobrze.
- Jasne. Ty wiesz lepiej. Zrobisz jak zechcesz.
Nie pomagał jej w ten sposób, ale ponoć wolała radzić sobie sama. Ukryła twarz w dłoniach, myśląc intensywnie. Czy ciągłe ukrywanie i ucieczki to trafne rozwiązanie? Być może, jednak z pewnością nie na długo. Choć natenczas dziewczyna wolała przy tym pozostać. Wiedziała, że zwykłe powiadomienie policji na nic się zda w tym przypadku, a nawet może znów pogorszyć sytuację. Tutaj potrzebny był plan, by zdemaskować złoczyńców.
- Chciałabym cię jedynie prosić o dyskrecję – Spojrzała na chłopaka, a on nie mógł nie dostrzec w niej zakłopotania. To wszystko ją przerastało, a mimo tego była silna. Choć wiedział, że w ten sposób nie mogło wyglądać jej życie przez cały czas, przystał na ten warunek, by jakkolwiek podnieść ją na duchu. Wiedział też, że jeśli Lena później nie zadziała, on będzie zmuszony to zrobić. Uśmiechnął się do niej, dodając dziewczynie otuchy.
   Po chwili ruszyli w kierunku samochodu, by nie marnować czasu i jechać dalej. Gerard zatrzymał się gwałtownie, a Lena nie zważając na nic, szła cały czas przed siebie, odbijając się w końcu o jego plecy. To sprowadziło ją na Ziemię. Spojrzała na chłopaka, nie bardzo rozumiejąc jego postawę.
- Złapaliśmy gumę – stwierdził z niezadowoleniem, drapiąc się przy tym po głowie. – Nie będę teraz zmieniał opony, musimy poczekać do jutra.
Lena poklepała go po plecach, zastanawiając się, w jaki sposób wybrnąć z tej sytuacji. Przydałoby się gdzieś przenocować, ale jak na złość w pobliżu nie było żadnego ośrodka. Nie licząc jakiegoś starego, opuszczonego budynku, który znajdował się naprzeciwko. Przemyślenia dziewczyny przerwał kaszel Gerarda. Odwróciła się w jego stronę, w momencie gdy on dwa razy zdążył już kichnąć.
- Źle się czujesz?
- Coś ty, jest spoko.
Bez zastanowienia przyłożyła rękę do jego czoła.
- Auć! Oparzyłam się!
- Nie żartuj, czuję się świe… - Kichnął. – Masz chusteczkę?
Kręcąc głową z politowaniem, poczęła szukać jej w swojej niezawodnej torbie. Na zewnątrz było dość chłodno, ale w tym momencie starała się nie zwracać na to uwagi. Gerard miał dreszcze, a ona obawiała się, że nie było to raczej spowodowane zimnem. Świetnie, rozchorował się… Podała mu chusteczkę, po czym zwróciła oczy ku górze.
- Daj rękę – powiedziała.
- Co?
- Daj rękę. Proste polecenie, nie dociera?
Wzruszył ramionami i posłusznie podał jej dłoń. Uścisnęła ją lekko i zaczęła prowadzić go na dach małego budynku, który został wspomniany wcześniej. Gerard wciąż patrzył ze zdziwieniem na dziewczynę, a ta ignorując to zupełnie, usiadła na dachu, gestem ręki wskazując, by się do niej przyłączył.
- Kładź się. Tutaj dzisiaj śpimy – wytłumaczyła.
No cóż, jemu to już wszystko było w chwili obecnej całkowicie obojętne. Czuł się fatalnie. Głowa rozbolała go na dobre, a ciszę nocną przerywał co chwilę jego kaszel. Lena spojrzała na niego ze współczuciem i przyciągnęła do siebie. Tym razem to ona pozwoliła, by położył sobie głowę na jej kolanach i po prostu go przytuliła. Zmierzwiła jego włosy, po czym sama spróbowała zasnąć. Gerard odwrócił się jeszcze w jej stronę, patrząc na nią znacząco.
- A buziak na dobranoc?
- Pomarzyć dobra rzecz.

Rozdział 5

   Stała jak sparaliżowana, jeszcze przez kilka dobrych minut nie będąc w stanie ruszyć nawet palcem. Przymknęła oczy, próbując uspokoić oddech i tym samym nabrać trochę sił, by wyrwać się z jego objęć. Wiedziała, że robiła to na darmo, jednak była zbyt przerażona, by zareagować inaczej. Nie chciała się poddawać. To jeszcze nie teraz. Nie mogła pozwolić, by mu ulżyło, ale raczej nie miała szans z seryjnym mordercą.
- Zostaw mnie! - krzyknęła słabym głosem, a ku jej zdziwieniu uścisk się rozluźnił.
Nie zrozumiała jego reakcji. Rozpłakała się całkowicie. Łzy płynące z oczu niczym rwący strumień sprawiły, że rzeczywistość prawie jej się zamazała. Lena nie do końca wiedziała, co tak naprawdę się działo. Odsunęła się od niego o kilka niepewnych kroków. Ten natomiast przybliżył się do niej, ale zanim zdążył ją dotknąć, ponownie zaczęła krzyczeć. Odruchowo wystawiła ręce w geście obronnym, jednak tamten, nie zwracając na to najmniejszej uwagi, przyciągnął ją do siebie. Spuściła wzrok, czując jak jej policzki stawały się coraz bardziej wilgotne poprzez strugi gorących łez, a potargane włosy opadały na całą twarz.
- Lena. - Ktoś położył ręce na ramiona dziewczyny, tym samym zmuszając ją do tego, by na niego spojrzała. Z niemałym przerażeniem skierowała więc tam swoje zaszklone oczy i na chwilę zamarła. Wstrzymując oddech na dłużej, z powrotem zacisnęła swoje powieki. Przed nią nie stał morderca, a jakaś znajoma osoba. W tym momencie nie była w stanie od razu jej rozpoznać, ale kiedy ich spojrzenia się spotkały, natychmiast wszystko sobie przypomniała. Przed sobą miała Gerarda, który patrzył na nią wystraszony. Ona jednak bała się jeszcze bardziej, bo nie otrząsnęła się z szoku. Panowała głucha cisza, ale żadnemu z nich nie przeszkadzała. Jedynymi świadkami tej sytuacji były ogromne krople deszczu, które spadając prosto na ich smukłe sylwetki, po chwili przywróciły tę dwójkę do rzeczywistości.
- O mój Boże, przepraszam. Ja... to był wypadek. Myślałam, że... to znaczy... wydawało mi się... naprawdę nie...
- Przecież nic się nie stało - przerwał jej w połowie tego dennego monologu, mając wrażenie, że gdyby postąpił inaczej, prawdopodobnie nie skończyłaby tłumaczyć do jutra i zapobiegł również temu, by się zapowietrzyła. Otarł kciukiem łzy na jej policzkach - delikatnie, by nie podrażnić jeszcze świeżych ran. Widząc, w jakim była stanie, przytulił ją mocno do siebie. Poczuła dziwne, aczkolwiek przyjemne mrowienie, a później potrząsnęła delikatnie głową, jakby wyrzucając z niej wszystkie głupie, niepotrzebne myśli. - Cała się trzęsiesz! Co ci się stało?
Co? O, nie. Nie ma mowy! Nie miała w zamiarze o niczym mu mówić. Jeszcze tego brakowało, by wpakowała go w to wszystko. Po chwili poczuła, że zaprowadził ją na jakąś ławkę. Usiadła na niej, chwytając się za głowę, która bolała ją przeraźliwie. Spróbowała się rozejrzeć, jednak nie rozpoznała miejsca, w którym się znajdowali. Zdołała jedynie zauważyć, że było już jasno, a pogoda niemal diametralnie się zmieniła. Nieśmiałe promienie słońca oświetlały teraz całą okolicę, a drzewo znajdujące się obok ławki, rzucało na nią przyjemny cień. Po ogromnej ulewie zostały jedynie ślady w postaci kałuż.
- Jesteś zmęczona! Przyniosę ci kawę...
Od kiedy on tak troszczył się o nieznajome dziewczęta? Sam do końca nie wiedząc, podniósł się z miejsca. Należał do osób, którym zazwyczaj nie zależało na spełnianiu dobrych uczynków, jeśli tak to można nazwać. Od zawsze był obojętny na wszystko, a przynajmniej takie wrażenie sprawiał. Nim dziewczyna zdążyła się zorientować, Gerard już powoli odchodził. W ostatniej chwili chwyciła go za rękę. Nie mogła zostać tu sama, chyba oszalałaby ze strachu. Odwrócił się w jej stronę.
- Ja nie chcę żadnej kawy. Czuję się dobrze - zapewniła, gestem ręki wskazując, by zajął miejsce obok niej. Posłusznie to zrobił, nie był jednak naiwny. Wiedział, że coś się stało, a Lena wyczytała to z jego twarzy. Wysiliła się na uśmiech, ale wyszedł z tego tylko jakiś niezrozumiały grymas. Chłopak domyślił się, że pewnie tak łatwo nie powie mu o tym, co ją gryzło, a nie chcąc naciskać, milczał. Lena przez chwilę jeszcze patrzyła na niego, nie mogąc oderwać wzroku. Czuła się jakoś dziwnie spięta i nie miała pojęcia, dlaczego tak się działo. Po chwili zauważyła, jak jego ręka podążała w kierunku twarzy Leny. Dziewczyna śledziła ją wzrokiem uważnie, czując, jak serce tłukło się w piersi. Choćby chciała, nie zdołała nawet się ruszyć. Była jakby zesztywniała. Gerard zatopił w końcu dłoń we włosach Leny, a jej w niespełna sekundę przeszła przez myśl niezliczona ilość pomysłów, co mógłby oznaczać ten gest. Odpowiedź otrzymała niemal natychmiast. Zobaczyła, że wyciągnął listki, które do tej pory tam tkwiły, a po chwili wyrzucił je gdzieś za siebie. Dziewczyna wypuściła ze świstem powietrze, po czym zgarnęła swoje włosy i wycisnęła z nich wodę deszczową. Pozwoliła, by delikatne spirale opadały teraz bezwiednie na jej ramiona. - A ty co tutaj właściwie robisz?
Zastanowił się chwilę i odwrócił wzrok, wbijając go w jakiś niewidzialny punkt. Jego włosy, tak samo jak oczy, połyskiwały w słonecznym blasku, a Lena starała się tym razem uniknąć tego spojrzenia. Nie przyznawała się do tego nawet przed samą sobą, ale... chyba zaczynała wariować. Dla rozluźnienia jeszcze raz rozejrzała się wokół. Dopiero teraz, kiedy już oprzytomniała, spostrzegła, że znajdowała się na tej cholernej stacji, do której wcale nie miała potrzeby już zmierzać.
- No wiesz...
- Stęskniłeś się!
Momentalnie zaprzeczył i poczerwieniał delikatnie na twarzy. Dziewczyna roześmiała się w tym samym momencie.
- Szczerze? - odezwał się. - Przeczuwałem, że nie dasz sobie rady.
Lena wytrzeszczyła oczy i rozchyliła usta, udając ogromne zdziwienie. Wiedziała, że ze swoim ,,szczęściem'' nie zdziałała za wiele, ale nie chciała dać tego po sobie poznać. Przecież wcześniej zapewniała, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Postanowiła pozostać przy tej wersji.
- Doprawdy? - Poczuła nagły przypływ energii i wstając gwałtownie, próbowała oprzeć się o jakiś słup stojący w pobliżu. Uprzednio jednak potknęła się, a dużo nie brakowało, by znalazła się na ziemi. Zachowując resztki godności, utrzymała równowagę i złapała się pod boki. Robiła przy tym przezabawne minki. - Tak się składa, że ja i mój opos świetnie sobie radzimy...
- A wiesz, że twój opos za chwilę znajdzie się pod pociągiem? - Na te słowa Lena gwałtownie odwróciła się za siebie i rzuciła w stronę torów. Dopiero po chwili zorientowała się, że nie było na nich ani śladu zwierzątka, które przez cały czas, o dziwo, grzecznie siedziało w jej torbie. Niestety zdążyła zaliczyć już solidny upadek, w skutek czego przetarła sobie brodę i kolano. Gerard uśmiechnął się. - Tak myślałem.
Spiorunowała go wzrokiem i podniosła się zdenerwowana. Zawsze mogło być gorzej. Mogła przecież wpaść w jedną z tych wielkich kałuż albo pod rozpędzony pociąg. Te fakty jednak ani trochę jej nie pocieszyły.
- Dziękuję! Przez twój głupi żart mogłam zginąć!
- Ale nie zginęłabyś, bo twój bohater tu jest. - Wypiął dumnie pierś, a Lena stuknęła go w głowę, wyzywając od idiotów. W gruncie rzeczy jednak musiała przyznać, iż cieszyła się, że go tutaj spotkała. Spadł jej jak z nieba, niemal w dosłownym znaczeniu. I tak jakby znów ją uratował. To było co najmniej dziwne. - A tą brodą się nie przejmuj! I tak wyglądasz tragicznie.
Cieszyła się, że go tutaj spotkała? Nie, nie. Chyba faktycznie pora ograniczyć te leki albo zacząć bardziej uważać. Odruchowo uniosła oczy ku górze, będąc przekonaną, że za chwilę na głowę spadnie jej jakiś ciężki przedmiot, dzięki któremu znów będzie wygadywać takie głupoty. W każdym razie, miało oznaczać to tylko tyle, że cofnęła tę radość z jego spotkania. Zaczynał działać jej na nerwy. Westchnęła więc i przez dłuższą chwilę postanowiła się nie odzywać. Nie zauważyła nawet, że chłopak przyglądał jej się uważnie. Szła przed siebie jak gdyby nigdy nic, starając się tylko nie zaliczyć kolejnego upadku.
   Był koniec kwietnia. Dni stawały się coraz cieplejsze, a wszystko wokół budziło się do życia. Teraz pogoda wyjątkowo dopisywała i można było powiedzieć, że wiosna dawała po sobie poznać. Promienie słońca delikatnie muskały policzki Leny, a ona choć na chwilę zapomniała o swoich problemach.
- Powiesz mi, gdzie mieszkasz?
No jasne! Nawet nie dane jej było przez chwilę nacieszyć się wolnością i spokojem. Mimo to, nie chciała od razu o wszystkim mu mówić, chociaż możliwe, że okazałoby się to lepszym rozwiązaniem. No, ale co ona mu powie? Zastanawiała się przez dłuższą chwilę, starając się znaleźć odpowiednie słowa. Jej myśli kłębiły się w głowie, a ona, głupia, dobierała odpowiednie słowa i kiedy już miała je na końcu języka, ten zaczął się plątać. Nigdy nie lubiła owijać w bawełnę. I tym razem wolała mieć już to wszystko za sobą, ale sama dobrze wiedziała, że był to ostatni temat, na który chciałaby rozmawiać. Była bezdomną sierotą, co tu ukrywać. Sam jej wygląd pewnie i tak już wszystko zdradzał.
- Zadziwiające, że w kwietniu może być tak ciepło!
Idiotka. Jesteś dziecinna, mówiła do siebie. Gerard pokręcił głową.
- Nie, to raczej normalne. Odpowiesz mi?
Dziewczyna westchnęła ciężko i zatrzymała się. Nieświadomie zaczęła bawić się włosami, unikając jego spojrzenia, które niemalże ją przewiercało. A przynajmniej odnosiła takowe wrażenie.
- Dobra, posłuchaj... - Wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać, pomijając oczywiście najistotniejsze szczegóły. - Po prostu w moim życiu zrobił się bałagan i tyle.
Ściągnął brwi. Nie został usatysfakcjonowany, to pewne. Doskonale wiedział, że nie była to typowa odpowiedź na zadane pytanie, jednak postanowił dać sobie spokój, chociaż czuł, że coraz bardziej się niepokoi. Głupie uczucie.
- I co zamierzasz zrobić? - Odważył się jeszcze zapytać. Nie chciał za bardzo jej męczyć i tego właśnie się obawiał. Widział, że to wszystko nie było dla niej łatwe, a nawet i ją przerastało.
Lena nie zdołała mu o wszystkim powiedzieć, ale z drugiej strony to właśnie on stanowił dla niej jedyny ratunek. Szczerze, nie miała pojęcia, co zrobić. Cały czas czuła się bezradna. Wzruszyła więc tylko ramionami, starając się zapanować nad głosem, który jej się łamał.
- Nie wiem. Planuję dotrzeć do Hanging Bridge, choć nie mam pojęcia, w jaki sposób. Więc pewnie będę spała na dworcu albo pod mostem...
- Albo ze mną - podsunął, a Lena popatrzyła na niego, unosząc jedną brew. W końcu zabrzmiało to nieco dwuznacznie. - Chodziło mi o to, że możesz jechać ze mną.
Było jej okropnie głupio, ale właściwie nie widziała innego wyjścia. Gerard zmierzał właśnie do Hanging Bridge, a co więcej, okazało się ono być jego rodzinnym miastem. Zbieg okoliczności? Możliwe. Dziewczyna była jednak zadowolona, że los jakkolwiek się do niej uśmiechnął. Teraz tylko czekała ją dosyć długa droga, a później spotka się z przyjaciółką i jakoś ułoży sobie życie od nowa. To będzie takie proste!
   Dotknęła swojej brody, którą obtarła w wyniku niefortunnego upadku, po czym jęknęła z bólu. Zauważyła też, że rozbite kolano sprawiło, iż musiała kuleć na jednej nodze. Spojrzała po sobie i dostrzegła podartą nogawkę nowych, nie wspominając już o tym, że całych brudnych, spodni.
- Widziałeś? Twoja wina.
Młodzieniec odwrócił się w jej stronę, wzdychając z niezadowoleniem. Niespodziewanie klęknął przed nią, a ta spojrzała na niego zaskoczona. Trzeba przyznać, że wyglądało to dość dziwnie. Przeczesała palcami swoje włosy, w między czasie próbując rozszyfrować zachowanie chłopaka. Ludzie, którzy przechodzili obok, spoglądali na nich złowrogo, a ci bardziej zrzędliwi dodawali pod nosem jakieś uwagi na temat tego, że to raczej kiepskie i mało romantyczne miejsce na oświadczyny. Faktycznie można było tak pomyśleć. Lena, choć zirytowana tą sytuacją, mimowolnie zachichotała. Patrząc na niego wyczekująco, zauważyła, że ten po chwili zerwał jej drugą nogawkę. Kompletnie już zdezorientowana, wytrzeszczyła oczy i natychmiast podała mu rękę, by podniósł się z ziemi.
- Zgłupiałeś do reszty?!
Gerard, nie wykazując zbytniego zainteresowania wybuchem koleżanki, podwinął rękawy swojej bluzy i zwilżył wargi zanim się odezwał.
- Co? Teraz to przynajmniej wygląda jakoś w miarę naturalnie. Nie marudź więcej, bo cię tu zostawię. - Zabrzmiało to trochę jak groźba matki kierowana do nieposłusznego dziecka, jednak Lena uświadamiając sobie, że znów mogłaby zostać skazana na pastwę losu, podporządkowała mu się.
- Dobrze, w końcu to twoje pieniądze - zauważyła - które kiedyś ci oddam!
- Oczywiście! - Kiwnął głową niby ze zrozumieniem. - Zawsze możesz odwdzięczyć mi się w inny sposób.
Puścił do niej oczko, a ta wolała nie zastanawiać się już, jakie myśli krążyły po jego głowie. Przytaknęła bezmyślnie, otrzepując swoje spodnie.
- Ach, co ty byś beze mnie zrobiła? - zapytał, krocząc dumnie i jednocześnie wychwalając się pod niebiosa.
- Pewnie uschłabym jak chomik na patelni (przyp. aut. co miało oznaczać mniej więcej tyle, że po prostu by sobie nie poradziła) - przerwała mu tę sielankę, a ten spojrzał tylko na nią, marszcząc czoło. Skąd ona brała te dziwne porównania? Zaczął się nad tym zastanawiać i właściwie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że stanął akurat na środku deptaku, gdzie ludzie, spiesząc się, usiłowali z trudem go ominąć. Nie zajmowałby znów tyle miejsca, ale kręcił się w tę i z powrotem. Wielki Pan i Władca. - Oczywiście, że jesteś wspaniały, ale możemy już iść?
Lena przewróciła teatralnie oczyma i uśmiechnęła się pod nosem, bo przez chwilę poczuła, że role się odwróciły. Ciesząc się, że tym razem to on robił z siebie pośmiewisko, prawdopodobnie w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy, pociągnęła go za rękaw. Idąc powoli, dziewczyna ponownie pogrążyła się w swoich rozmyślaniach. Stwierdziła, że było to przynajmniej lepszym zajęciem niż słuchanie Gerarda, który wciąż z dumą wychwalał swoje bohaterskie czyny. Swoją drogą, głos miał przyjemny, ale - jak to się mówi - co za dużo, to niezdrowo.
   Dziewczyna od czasu do czasu spoglądała obojętnie na przechodniów, którzy równie zdawali się nie zwracać na nią szczególnej uwagi. Jednak... coś było nie tak. Gdzieś w tłumie przebiła się Lenie sylwetka łysego mężczyzny. Przez chwilę jeszcze łudziła się, że to jakieś przywidzenia bądź trwała w nadziei, iż był to inny mężczyzna. Niestety, po upływie kilku sekund miała już pewność. Na jej delikatnej twarzyczce oprócz szpecących ran można było dostrzec przerażenie. Z szybkością odwróciła głowę, okrywając się włosami. Pod wpływem impulsu przytuliła się do Gerarda. Popatrzył na nią oszołomiony, nie tylko tym gestem, ale także jej pobladłą twarzą, i chyba nie miał zamiaru odsuwać od siebie dziewczyny. Sama jednak, zawstydzona, po chwili uwolniła się od niego, z trudem nabierając powietrze.
- Ja... to znaczy my... daleko masz ten samochód?! - wydukała w końcu.
- O, chodzi ci o ten stary grat, tak? A co, nagle zapragnęłaś się nim przejechać?
- Nie wydurniaj się, musimy wiać!!!

Rozdział 4

   Rozejrzała się dookoła, nie bardzo wiedząc, w jakim kierunku się udać. Deszcz przykleił kosmyki jej gęstych włosów do twarzy, a ta co chwilę przeglądała się w witrynach sklepowych, nałogowo poprawiając grzywkę, która nigdy nie układała się tak, jak powinna. W końcu, stwierdzając, że i tak niewiele to dało, odgarnęła włosy za ucho i szła przed siebie nie zważając na ulewę. Zresztą, co to dla niej? Nie była przecież z cukru. Po chwili jednak zatrzymała się, siadając na jednym z krawężników. Brodę oparła na kolanach, wzdychając głęboko. Przykuła tym samym uwagę jakiejś kobiety biegnącej z parasolką zapewne do domu. Patrzyła się na Lenę z dziwnym grymasem na twarzy, a tej nie zdziwiło to ani trochę. Zdawała sobie sprawę, że wyglądała pewnie jak szop pracz. Kobieta, jakby wystraszona, minęła szybko dziewczynę i po chwili Lena mogła usłyszeć jedynie stukot jej obcasów na asfalcie. Odprowadziła ją jeszcze wzrokiem, po czym naciągnęła kaptur swojej nowej bluzy na głowę. Jak zwykle, inteligentna, przypomniała sobie o tym wtedy, kiedy przemoczona była do suchej nitki.
   Podnosząc wzrok, ujrzała przed sobą tablicę z napisem Blackhollow. A więc to tutaj obecnie się znajdowała. Zaczęła powoli układać sobie wszystko w głowie, uporządkowywać myśli, które wciąż uparcie się w niej kręciły. Lena nigdy nie była asem z geografii, ale z tego, co wiedziała, by dotrzeć do jej rodzinnej miejscowości, potrzeba było kilku godzin jazdy. Tak więc koniecznie musiała odnaleźć stację kolejową. Nie do końca zdecydowana podniosła się z ziemi, ruszając niepewnym krokiem. Planowała poczekać na taksówkę, ale jak na złość żadna się nie zjawiła, dlatego po chwili bezczynnego stania, zrezygnowała. Idąc, rozglądała się na wszystkie strony i wtedy zauważyła budkę telefoniczną. Dziewczyna pomyślała, iż byłoby dobrze powiadomić swoją współlokatorkę o tym, że wszystko z nią w porządku. Tak, gdyby chociaż ją to cokolwiek interesowało...
   Samara, bo tak miała na imię owa domowniczka, była trzecią małżonką świętej pamięci wuja Leny. Nie można więc było właściwie doszukać się pokrewieństwa między główną bohaterką a tą kobietą. Ona jednak dopiero po śmierci męża ujawniła swój prawdziwy, podły charakter. Dotąd ukryta pod maską dobrej cioci, stała się w końcu niczym piorun, który zesłał na życie Leny dodatkową ilość nieszczęść. Dziewczyna do tej pory zastanawiała się, za jakie grzechy Bóg tak ją ukarał. Została skazana na to, by z nią zamieszkać, kiedy umarli jej rodzice. Dom, w którym mieszkała Lena, zapisany był Samarze - najbliższemu dorosłemu członkowi rodziny - gdyż tamta nie osiągnęła jeszcze pełnoletności. Obie za sobą nie przepadały. Ba! One wręcz się nie znosiły! Kiedy doszło między nimi do kolejnej kłótni, Lena nie wytrzymując dłużej, najzwyczajniej uciekła z domu. Z tym że może nie tak dosłownie... Dokładniej, z zamiarem powrotu opuściła dom tylko na jakiś czas, by w ten sposób po prostu ochłonąć. Jednak kiedy po drodze zaatakował ją gang Avenging Angels, nie zdołała do tej pory tam wrócić.
   Podbiegając do budki, zauważyła, że jakiś mężczyzna o jasnych, krótkich włosach, chciał właśnie z niej skorzystać. Już włożył swoją błyszczącą kartę do automatu, po czym chwycił słuchawkę do ręki, ale Lena szybko mu ją wyrwała. Popatrzył na nią oburzony.
- Pozwoli pan? - Spojrzała na niego, ukazując swoje zęby w uśmiechu i robiąc przy tym niewinne oczęta.
Próbowała wyglądać jak słodki króliczek, ale udało jej się co najwyżej osiągnąć wizerunek pragnącej mordu, mroczniejszej wersji laleczki Chucky. Mężczyzna uległ jej pewnie bardziej ze strachu niż litości, ale najważniejsze było to, że mogła w spokoju wykonać telefon, przy okazji korzystając z jego karty. Przypominając sobie w myślach numer, po kolei wbijała cyferki na maszynie. Po zaledwie dwóch sygnałach można było usłyszeć wydobywający się ze słuchawki lekko zachrypnięty głos.
- Samara? Tu Lena... Słuchaj, ciociu, chciałam powiedzieć ci, że...
- Przepraszam? Prawdopodobnie zaszła pomyłka, nie rozmawiasz z Samarą - sprostowała najwyraźniej jakaś inna kobieta. - Ona już tutaj nie mieszka.
W pierwszej chwili dziewczyna miała wrażenie, że się przesłyszała. Chcąc zażądać wyjaśnień, widziała jak zniecierpliwiony mężczyzna machnął tylko ręką z zamiarem odejścia, jednak powstrzymał się, przypominając sobie, że w środku była jego karta. Oczy jasnowłosego przybrały wtedy bardziej intensywny kolor, a Lena wiedziała, że jeśli się nie pospieszy, zaraz zaczną ciskać w nią błyskawice, które ukazały się właśnie w jego złowrogim spojrzeniu. Przystawiła sobie dokładniej słuchawkę do ucha, jednocześnie uspokajając mężczyznę i zapewniając, że ,,zajmie jej to tylko chwileczkę''. Z uwagą zaczęła przysłuchiwać się kobiecie, ignorując jego wcześniejsze prychnięcie.
- Ach, to panienka o niczym nie wie? Ja jestem nową lokatorką willi w Brittle Stead, którą odkupiłam właśnie od Samary. Już jakiś czas temu wystawiła dom na sprzedaż. Wprowadziłam się tu z mężem tuż po jej emigracji - W tym momencie Lena upuściła słuchawkę z ręki. Wiele nie brakowało, a udławiłaby się własną śliną, po tym co przed chwilą usłyszała. Na początku trudno było jej się zorientować, czy kobieta, z którą rozmawiała, była wobec niej poważna. Dziewczyna stała tam jak sparaliżowana, nie mając pojęcia, o co w tym wszystkim chodziło. Czy ona przypadkiem się nie przesłyszała? Dom na sprzedaż? Emigracja? Nie, nie mogła w to uwierzyć. I nie wierzyła, bo przecież to musiał być jakiś żart. Skoro tak, to raczej mało śmieszny. Jeszcze przez chwilę stała w bezruchu z szeroko otwartymi ustami i oczami o wielkości tabletek Choliseptu. Nadal będąc w szoku, opuściła tamto miejsce, nie zwracając uwagi na jej ,,nowego znajomego'', który najwyraźniej wciąż usiłował przemawiać dziewczynie do rozsądku.
   Szła... gdziekolwiek, zupełnie na oślep. Teraz nie musiała już docierać na stację. Nie miała po co wracać. Nie miała dokąd wracać. Została zupełnie sama. Jej ciotka gdzieś wyemigrowała, zabierając ze sobą wszystkie oszczędności, które należały do ich obu. Ta natomiast, z co najwyżej dziesięcioma dolarami w kieszeni, w desperacji tułała się po świecie. Znów poczuła tę okropną pustkę w swoim wnętrzu. Nie mogła się poddać. Przecież jeszcze tak niedawno była niemal pewna, że sobie poradzi. Niestety, nieoczekiwany przebieg wydarzeń pokrzyżował jej plany.
   Zajęła miejsce na jednej z ławek w centrum miasta. Powoli zaczynał zapadać zmierzch. Rodzice wraz z dziećmi rozchodzili się do swoich domów, a inni, kończąc pracę, wsiadali do aut, po chwili rozjeżdżając się w różnych kierunkach. Lena nie zdążyła się nawet zorientować, kiedy przestało padać. Na całe jej szczęście! Uśmiechnęła się niemrawo, jakby na siłę znajdując jakikolwiek powód do radości. Chłodne powietrze przeszyło jej plecy, a potem całe ciało. Chuchnęła więc w zmarznięte ręce i podciągnęła kolana pod brodę. Marzła. Ogarniał ją sen, a w dodatku zrobiła się głodna. Czuła się koszmarnie. Już prawie zapominała, co to normalne życie. Zdała sobie sprawę, że została bezdomną sierotą.
   Przypominała sobie wszystkie momenty z jej życia. Zaczynając od tych, kiedy była małą dziewczynką mającą beztroskie dzieciństwo i kochających rodziców. Wtedy czuła się bezpieczna. Nic jej nie groziło. Była szczęśliwa, jak każde dziecko. Później znalazła przyjaciółkę. Przyrzekły sobie, że nigdy się nie rozstaną. Złożyły wszelkie obietnice, jeszcze jako małe dziewczynki, w dość nietypowy sposób - chwytając się za kostkę. Obie za wszelką cenę musiały dotrzymać słowa. Niestety, niedługo po tym Lena otrzymała wiadomość o przeprowadzce przyjaciółki. Och, Scarlett, jak ja za tobą tęsknię, powiedziała do siebie w duchu, a po policzku spłynęła jej pojedyncza łza. Żadna z nich nie miała na to wpływu, musiały się rozstać. Co do kontaktów, utrzymywały je nadal. Całodniowe rozmowy za pomocą Skype, czy innych komunikatorów nie mogły się jednak równać z rzeczywistym spotkaniem. Później, w życiu Leny nastąpiły trudniejsze czasy, przez co nie znalazła już tyle wolnych chwil na poświęcanie ich Scarlett. Ta zresztą również poszukała sobie inne zajęcia, a może i nawet przyjaciół. Była otwartą na nowe znajomości, a do tego sympatyczną osobą, więc okazałoby się to całkiem możliwe. Skończywszy swoje rozmyślania dokładnie na tym jak Lena została osamotniona, czyli tutaj, gdzie znajdowała się obecnie, ukryła twarz w dłoniach, starając się jakkolwiek zahamować płynące łzy.
   Do głowy przyszedł jej pewien pomysł. Zapewne kolejny niezrównoważony, który jak zwykle mógł skończyć się niepowodzeniem. Zaraz, miała przecież myśleć optymistycznie... Wyciągnęła w górę ręce, przeciągając się jak kot. Wzniosła ku górze swe oczy, zauważając, że niebo przybrało już granatowy kolor. Pojawiło się kilka gwiazd. Wokół nie dostrzegła ani żywej duszy, jednak podniosła się z nadzieją, że tym razem podjedzie jakaś taksówka. Ruszyła w stronę ulicy. Pomyślała, że może wpadnie z niezapowiedzianą wizytą do przyjaciółki? O, litości... Miała ochotę strzelić sobie z otwartej dłoni w czoło. Ale co było do stracenia? Zawsze mogła spróbować. Lena uprzedziłaby ją o swoim zamiarze, gdyby tylko miała telefon. Ten jednak już dawno się zniszczył i można było powiedzieć, że przyzwyczaiła się żyć bez niego. Przynajmniej natenczas. Scarlett mieszkała spory kawałek stąd. Hanging Bridge znajdowało się niecałe sześćset kilometrów stąd. Dziewczyna wiedziała, że szybko tam nie dotrze. I na pewno nie taksówką. Na razie jednak potrzebowała wyłącznie snu. Stanęła na chodniku, naiwnie czekając na jakikolwiek samochód, a później musiała zatrzymać się w jakimś tanim hotelu na jedną noc, by tam zregenerować swoje siły.
   Ziewnęła ostentacyjnie, a po chwili dostrzegła jakieś światła. Ku własnemu zdziwieniu, był to samochód, który właśnie się przed nią zatrzymał. Bez zastanowienia wsiadła do środka, po czym rzuciła okiem na kierowcę. Chciała się uśmiechnąć, ale ten nawet na nią nie spojrzał. Miał na sobie kapelusz koloru khaki i ciemne, przeciwsłoneczne okulary. Swoją drogą, po co mu te okulary? Było ciemno. To tak, jak te wszystkie wielkie gwiazdy... Lena nigdy nie rozumiała, dlaczego wkładały je wieczorem. Osobiście uważała, że okulary stanowiły jedynie ochronę dla oczu przed słońcem. Rozbawiał ją ten widok, aczkolwiek stłumiła w sobie chichot i wyjaśniła kierowcy, dokąd miał ją zawieźć. Najbliższy hotel znajdował się niecałe piętnaście kilometrów stąd. Wyprostowała się i odgarnęła grzywkę. Samochód ruszył, a Lena przez cały czas wpatrywała się w widok za szybą (który w takim świetle raczej nie był zbyt wyraźny) byleby tylko odpędzić od siebie niepotrzebne myśli. Musiała jakoś odetchnąć. Będąc okropnie zmęczona, pilnowała tylko, by nie usnąć w tej taksówce. Droga dłużyła jej się niemiłosiernie. Nieprzytomnym wzrokiem rozejrzała się dookoła, spostrzegając, że wyjechali już z miasteczka. Hotelu nadal nie było widać. Kiedy dotarło do niej, że najprawdopodobniej jechali w niewłaściwym kierunku, oprzytomniała natychmiast.
- P-proszę pana... na pewno jedziemy w dobrą stronę? - Poruszyła się niespokojnie, ukradkiem zerkając na mężczyznę. Ten nie odpowiedział. Nie spojrzał nawet. Zero reakcji. Lena zdenerwowała się. - Dokąd my jedziemy?!
Zwrócił się w jej stronę, jednym ruchem zdejmując okulary i kapelusz. Zaniósł się diabelskim śmiechem.
- Do piekła, słoneczko.
Szarpnął gwałtownie jej rękę, a dziewczynie znów zabrakło powietrza w płucach. Ona chyba już nigdy nie uwolni się od tego mordercy. Jak widać, nie zdołała mu uciec. Podejrzewała, że ten opryszek nie da spokoju, póki nie załatwi jej tak, jak rodziców. Z przerażeniem patrzyła na niego, nie mając zielonego, a nawet czerwonego!, pojęcia, co robić. Zdecydowanie i z energią odpięła pas bezpieczeństwa, ale w tym samym momencie facet ponownie ją przytrzymał. Nie koncentrował się już na drodze, jednak na szczęście o tej porze nie było zbyt wielkiego ruchu. Lena uderzyła go jeszcze solidnie w nos, po czym nerwowo chwyciła klamkę i widząc, że drzwi otworzyły się, szybko wybiegła z tego śmiercionośnego pojazdu. Upadła na ziemię. Po chwili widziała tylko oślepiające światła samochodu, który z zawrotną prędkością i piskiem opon zmierzał w jej kierunku. Podniosła się natychmiast i na ugiętych nogach pobiegła w stronę lasu. Nie wiedziała, czy ten typ za nią ruszył, jednak wolała uciec jak najdalej. Znając go, tak szybko nie dawał za wygraną. Nie zgubiła go jeszcze. Rozejrzała się wokół. Niczego nie dostrzegła oprócz niezliczonej ilości iglaków. A czegóż by innego spodziewać się w środku lasu? Zahaczyła torbą o gałąź jakiejś sosny. Szarpnęła gwałtownie tym samym zdzierając kawałek materiału, który pozostał na drzewie. Przynajmniej zyskała na czasie. Za to wyobraźnia Leny powoli zaczynała działać jej na nerwy. Ubolewała nad tym, że akurat w takiej chwili, jakby wszystkiego było mało, musiały przypominać jej się fragmenty z najgorszych horrorów, które kiedyś oglądała wraz ze znajomymi. W sumie, to z większości bardziej śmiała się niż była przerażona. Teraz jednak nie było jej do śmiechu. Przeżywała prawdziwy horror, gdzie w dodatku grała jedną z głównych ról...
   Nie wiedziała, w którą stronę się udać. Dookoła las. Spojrzała w górę. Nie było widać nieba tylko jakieś prześwity między koronami drzew. Zupełnie ciemno. Zimno. Do tego niesamowite zmęczenie, przez które musiała chociaż na chwilę się zatrzymać. A może zostanie tutaj? Pomyślała, że schowa się między drzewa i inne krzewy, i w ten sposób przeczeka noc. Być może nie narazi się na ponowne spotkanie z mordercą. Nim jednak zdążyła się ruszyć, usłyszała kroki, a w oddali zobaczyła jego sylwetkę. Nie miała pojęcia, czy on rónież ją dostrzegł. Zaczęła biec przed siebie. Serce waliło jej jak oszalałe i poczuła suchość w gardle. Na czoło wystąpiły drobne krople potu, a z jej oczu spływały łzy, których nie była w stanie pohamować. Słaba widoczność w ogóle nie współpracowała z Leną, a ona śmiała twierdzić, że to jedna z przyczyn jej nieustającego pecha. Jak zawsze, wszystko działo się w nieodpowiednim czasie i nieodpowiednim miejscu. Wtedy, kiedy zupełnie się tego nie spodziewała. Upiornie kręciło jej się w głowie, miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Po prostu było jej słabo. Zbyt wiele lęku. W końcu przez to wszystko zmuszona była znów się zatrzymać i uspokoić oddech. Była strasznie zmęczona. Oparła się o pień jakiegoś drzewa i bezwładnie osunęła na ziemię. Teraz śmiała sądzić, że zgubiła wreszcie mordercę. Pocieszając się tym jakkolwiek, nie dopuszczała do siebie żadnych innych myśli. Nie chciała zastanawiać się nad tym, co będzie później. I czy w ogóle jeszcze będzie jakieś ,,później''. Wiedziała, że jej życie wisiało na włosku, cienkiej nitce, która w każdej chwili może zostać przerwana jednym, małym ruchem.
   Siedziała tak przez dłuższy czas. Nie miała pojęcia, ile czasu to wszystko trwało. Wydawało jej się, jakby była to cała wieczność. Jakby ten las się nie kończył. Jakby to była jakaś głupia gra czy film. Wszystko tak nierealne, a jednak prawdziwe. Nie otrząsnęła się z szoku. Wciąż ciężko oddychając, przetarła swoje oczy. Przeraźliwa cisza huczała dziewczynie w uszach, stawając się wreszcie nie do zniesienia. Nagle usłyszała, jak jakaś drobna gałązka złamała się zapewne pod wpływem czyichś kroków. Wstrzymała oddech. Później słyszała tylko coraz to dokładniejsze i coraz to bliższe dźwięki. Zbliżał się. On tam był. Lena wsunęła się bardziej wgłąb krzewów, próbując powstrzymać płacz i starając zachowywać się jak najciszej. Nie mogła jednak w takiej chwili być spokojna.
- No, chodź tu! Gdzie jesteś, maleńka?
Zakryła usta dłonią, a drugą mocno zacisnęła w pięści. Miała ochotę zacząć krzyczeć, a raczej wydzierać się wniebogłosy. Po chwili usłyszała strzał. Chyba z pistoletu. Najprawdopodobniej chciał nastraszyć dziewczynę. Nie udało mu się! Coś zaczęło w niej wrzeć. Poderwała się na równe nogi i nie zważając na to, czy morderca ją zauważył, biegła przed siebie byleby jak najdalej z tego przeklętego miejsca. Nogi po jakimś czasie odmawiały jej posłuszeństwa, mimo tego nie zaprzestała biec. Nie widziała niczego oprócz ziemi pod swoimi stopami. Reszta jej się zamazała. Dziewczyna wciągnęła ze świstem powietrze. Serce waliło Lenie w piersi tak mocno, że niemal słyszała każde uderzenie o żebro. Bała się, że za chwilę wyskoczy, choć doskonale wiedziała, że to niemożliwe.
     Kiedy wydawało jej się, że na obecną chwilę była bezpieczna, z impetem na kogoś wpadła. Zrobiło jej się czarno przed oczami, a chwilę później wyobraziła sobie swoją śmierć.

Rozdział 3

   Niebo spowiły ciemne chmury, a ludzie, bojąc się nadchodzącej burzy, zaczęli rozchodzić się do domów. Chcąc uciec przed ogromną ulewą, oblegali taksówki, a Lena wraz ze swoim towarzyszem skierowała się w stronę parkingu. Dziewczyna zatrzymała się na chwilę.
- Nadal nie dowiedziałam się, jak masz na imię.
- Ty pierwsza. Jesteś ofiarą losu.
Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech, a Lena pokręciła tylko głową, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Szybko zaprzeczyła temu, co powiedział.
- Jeśli masz zamiar mnie obrażać, to proszę bardzo, ale nie licz na to, że będziemy jechać tym gratem w dobrej atmosferze - dodała, orientując się, że właśnie znaleźli się przy samochodzie.
- Ten grat, moja droga, to stare Porsche. To, że jest ciasne, nie oznacza, że nie było drogie.
Zmarszczyła brwi i znudzona zaczęła oglądać swoje paznokcie. Słońce, raz po raz ukazujące się między nieprzyjaznymi obłokami, gładziło jej włosy, a wiatr urządził z ich kosmyków mistrzowską improwizację fryzjera.
- Czyli nie dowiem się, jak masz na imię.
- A nie jesteś przypadkiem zbyt cwana?
- Cóż, jeszcze przed chwilą nazwałeś mnie ofiarą losu - wypomniała mu.
Za bardzo ją irytował. Jeśli miał być złośliwy, nie wytrzyma z nim ani minuty. Chłopak pokręcił głową, wzdychając z rezygnacją. Chyba też działała mu na nerwy. Spojrzał na pierwszy lepszy napotkany kamień na ziemi i kopnął go lekko. Miał zadumany wyraz twarzy. Trzeba przyznać, że nie zaczęli najlepiej.
- Zawsze musisz mieć ostatnie słowo?
- Tym razem zostawiam ten honor tobie - fuknęła obrażona.
- I słusznie.
Zgodnie z zasadą, dziewczyna nie odezwała się słowem przez dłuższy czas. Kątem oka obserwowała go tylko, zastanawiając się nad swoim zachowaniem. Otworzył jej drzwi, po czym wsiadła do samochodu. Wiatr przeszywający jej ciało sprawił, że wzdrygnęła się lekko. 
   Czuła się dziwnie w jego obecności. Wydawałoby się, iż po takich przeżyciach będzie jej ciężko chociażby się do kogokolwiek odezwać, nie wspominając już nawet o zaufaniu. Tymczasem ona wsiadała do samochodu z jakimś obcym mężczyzną. On równie dobrze mógłby ją skrzywdzić, choć zapewniał, że nie zamierza zrobić niczego złego. Być może zwyczajny kłamca. Już była gotowa odpiąć pas bezpieczeństwa i wybiec z auta. Jednak z drugiej strony to właśnie on mógłby być dla niej ratunkiem. Ponowny mętlik w głowie, który prawdopodobnie stawał się już codziennością. Chłopak obrzucił ją niezwykle uważnym spojrzeniem, pod wpływem którego lekko się zaczerwieniła. Później uśmiechnął się do niej. Słodki. Wręcz nie mogła oderwać wzroku. Skarciła się za to w myślach i natychmiast odwróciła głowę. Coś jej jednak mówiło, że nie musiała niczego się obawiać.
- Wiesz... - odezwała się w końcu. - Głupio mi, że tak na ciebie naskoczyłam. Następnym razem spróbuję lepiej podziękować za uratowanie mi życia.
- Lepiej, żeby nie trzeba było go znów ratować.
Kiwnęła głową, przyznając mu rację, aczkolwiek sama śmiała sądzić, że znając ją, pewnie znajdzie się jeszcze taka potrzeba. Wreszcie tłuczenie luster i przechodzenie pod drabiną, kiedy była małą dziewczynką, dawały po sobie poznać. Nie przytaczając już czarnego kota, który niemal codziennie przebiegał jej przez drogę.
   Przepraszając swojego towarzysza, wyciągnęła rękę w jego kierunku i grzecznie mu się przedstawiła:
- Jestem Lena.
Odwrócił się w jej stronę, by móc dokładniej spojrzeć w twarz dziewczyny. Odgarniając grzywkę, która wpadała mu do oczu, odchrząknął.
- No więc, Leno, Gerard zaprasza cię na whoppera. - Uśmiechnął się rozbrajająco. - Pewnie musisz być strasznie głodna.
Nie zdążyła nawet odpowiedzieć, a już rozległ się donośny dźwięk z jej żołądka. Spojrzał na nią z politowaniem i przekręcił kluczyki w stacyjce. 
~^~
- No nie! - krzyknęła, obracając swoją torbę w rękach i wysypując z niej wszystkie możliwe rzeczy. Opos sunął po jej ramieniu, delikatnie drapiąc pazurkami, na co akurat nie zwróciła w danej chwili uwagi. - Przecież moje zniżki utonęły w kałuży i teraz nie nadają się już do niczego. Chyba nie mam przy sobie żadnych pieniędzy...
- Zaprosiłem cię. A jak zapraszam, to stawiam - mruknął zirytowany, zaciągając się papierosowym dymem.
Dziewczyna nie próbowała wzbudzić w nim litości, ale w końcu zgodziła się na jego propozycję. Stawiała jednak opór temu, by wejść do środka restauracji, kiedy to przypomniała sobie, że była w ubraniu Gerarda, w dodatku całym brudnym od błota. Ostatecznie wzięli coś na wynos i ruszyli do samochodu.
- Muszę ci powiedzieć, że w sumie ładnie ci w moich ciuchach.
Spojrzała na siebie i dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, co powiedział. Bokserki opadły jej aż po kostki, a ona stała na środku ulicy w samych majtkach i za dużej koszuli swojego towarzysza.
- Pocieszające - wydukała, czerwieniejąc na twarzy i krzyżując nogi z zażenowaniem, po czym błyskawicznie wciągnęła odzienie na prawidłowe miejsce. - A więc to twoje ubranie.
Cóż za błyskotliwa uwaga! Należały się gratulacje. Jej samej zresztą wydawało się idiotyczne to wszystko, co mówiła, ale nie miała na to wpływu. Słowa wypływały z jej ust, nie pytając nawet o zdanie. On jednak uśmiechnął się, a to dodało dziewczynie nieco odwagi. Spojrzała dokładniej w jego twarz.
- Tak, i musimy zadbać o to, bym jak najszybciej dostał je z powrotem.
Jak najszybciej dostać z powrotem? A co to oznacza? Czy on chciał ją tutaj roznegliżować?
   Chłopak natomiast otworzył jej drzwi do auta, po czym ruszyli, po chwili będąc już na miejscu. Oczom Leny ukazał się budynek, który wielkością nie przypominał raczej zwykłego sklepu, a jakieś centrum handlowe. Zauważyła szyldy samych markowych sklepów, niegdyś jej tak znanych. Teraz jednak dziewczynie nie śniło się nawet, by tam wejść. Zresztą niby w jakim celu, skoro zaledwie jedna skarpetka kosztowała tyle, co Lena zdążyła zaoszczędzić przez około dwa miesiące. Kiedyś może i pozwalała sobie na takie zakupy, ale dziś wiedziała, że musiała oszczędzać. Stała się bardziej rozsądna i konsekwentna, nie tylko pod tym względem, ale starała się również każdą decyzję przemyśleć i rozważnie ją podejmować. Istotny wpływ miał na to na pewno jeden z czynników... Na samą myśl o świeżych jeszcze wspomnieniach, łzy cisnęły jej się uparcie do oczu. Całe życie Leny wywróciło się do góry nogami. Nic nie było już takie, jak dawniej. Nic nie było takie, jakie być powinno.
  Nadal przyglądała się widokowi za szybą niczym zahipnotyzowana.
- Wychodzisz? - Głos wyrwał ją z zamyślenia, po czym dziewczyna energicznie potrząsnęła głową, nie zamierzając wychodzić z pojazdu i jednocześnie nie zgadzając się na to, by Gerard kupował jej ubrania. Czuła się co najmniej głupio. - Skoro tak, to zostaniesz bez niczego, ponieważ chciałbym odzyskać moją koszulę. I uwierz mi, zrobię wszystko, żebyś ją z siebie ściągnęła.
Posłał jej figlarny uśmiech, a ta znów spuściła wzrok. Zrezygnowana spróbowała podnieść się z siedzenia i wyjść jak dama, z gracją i tanecznym krokiem. Niestety opadła na nie z powrotem. Zapomniała o pasach, którymi była przypięta. Starając się zachować resztki godności, które zresztą tak naprawdę już straciła, niezadowolona wygramoliła się z samochodu w akompaniamencie śmiechu Gerarda. Widząc potykającą się o własne nogi Lenę, chłopak wciąż jeszcze śmiał się i trudno było mu zachować powagę. Poczuła się urażona. W jego oczach z pewnością była głupią, niezdarną małolatą, jak dla wszystkich studentów. Aczkolwiek ona postanowiła to zmienić, chcąc powiedzieć coś mądrego. Nie sprawiało jej to zazwyczaj problemu, jednak kiedy na niego spojrzała, włosy stanęły dęba, język się zaplątał, no i niestety również nogi. Kolejny raz się potknęła, ale chłopak złapał ją w ostatniej chwili.
   Wtedy zobaczyła jego oczy zaledwie kilka centymetrów od swoich. Musiała przyznać, że takich jeszcze nigdy nie widziała. Miały niesamowitą barwę. Połyskiwały jak szmaragdy, kojarząc się jej z demonicznym złem. Zdobiły je czarne punkty, tylko dodające urody. Nieprzeciętne rysy twarzy, na której nie dostrzegła żadnych zmarszczek, i piękna linia brwi. Usta układające się w delikatnym uśmiechu były niemal perfekcyjne. Coś sprawiało, że Lena nie mogła oderwać od niego wzroku. Przyciągał ją jak magnes, był piękny na swój sposób. Dopiero teraz ujrzała w nim wszystko to, czego wcześniej nie zauważyła.
   Otrząsnęła się w chwili, kiedy postawił ją na ziemi. Z niemałym przerażeniem, próbowała sobie przypomnieć, czy aby na pewno nic przed chwilą nie spadło jej na głowę. Normalnie przecież się tak nie zachowywała, nie myślała tak. No to wpadłaś, kochana, usłyszała jakiś głos w swojej głowie. O co tutaj chodziło? Albo się czegoś nawdychała, albo Gerard jednak jej nie złapał i po prostu upadła. No właśnie, Gerard. Co znowu? To była jakaś pułapka. Lenę momentalnie naszła ochota by wtargnąć tam, do swojego umysłu, z zapalniczką i benzyną w ręku, i zlikwidować to cholerstwo w nim siedzące. A naprawdę miała gdzieś, że tym samym podpaliłaby swoją marną głowę. Po chwili poczuła, że chłopak pociągnął ją za ramię w stronę wejścia i w tym momencie była mu wdzięczna, że odtrącił ją od tych niezrównoważonych myśli. 
   Dziewczyna, wpatrując się w ubrania wiszące na wieszakach wraz z ich cenami za szybą, ponownie zaczęła protestować i uparcie stanęła przed budynkiem, jakby przykuta do ziemi. Chłopak skrzywił się tylko, nie mając siły więcej jej namawiać.
- No co? Przecież nie jesteś milionerem!
- Masz rację. Jestem miliarderem - powiedział z przekąsem - który naprawdę chce ci kupić coś ładnego, więc nie odmawiaj.
Wchodząc do najróżniejszych sklepów, wiele osób patrzyło się na nią jak na zjawisko. Albo raczej zaniedbaną przybłędę. Z pewnością wyglądała ciekawie w brudnym, męskim ubraniu i hotelowych, ubłoconych kapciach, którymi zabrudziła wyłożony tam dywan. Na ten widok ekspedientka zgromiła ją wzrokiem. Lena niepewnie przechadzała się po sklepie, raz po raz oglądając rzeczy, które wpadły jej w oko. Nie zwracała jednak na nie większej uwagi, ponieważ i tak nie zamierzała niczego nawet przymierzyć. Niespodziewanie wpadła na kogoś i nie wykazując zbytniego zainteresowania, mruknęła tylko ciche ,,przepraszam''. Zrobiła to jednak nim zdążyła się zorientować, że był to manekin, a ekspedientka dała jej do zrozumienia, iż będzie obserwowała ją od tej pory. Uprzednio wzięła ją pewnie za nienormalną, która urządzała sobie pogawędki z martwymi przedmiotami.
   Tymczasem Gerard przeglądał wszystkie możliwe ubrania, widząc, że Lena tego nie zrobiła, i przynosił całe ich sterty do przymierzalni. Zatopiona w niewyobrażalnie wielkiej ilości odzieży dziewczyna, oddała brudne rzeczy do prania i niechętnie przystąpiła do przymierzania. W końcu wybrała coś dla siebie, a jedna z kobiet, które tam pracowały, na pewno milsza od poprzedniej, pokazała jej uniesiony w górę kciuk i uśmiechnęła się ciepło.
- A co powiesz na to? Kupujemy? - Zasłona uchyliła się subtelnie, a Lena zobaczyła w lustrze odbicie Gerarda. W ręku trzymał kuszącą bieliznę, podtykając ją dziewczynie niemal pod nos. Oczy jej zabłysły, była cudowna. - Ale liczę na prezentację w twoim wykonaniu!
Prychnęła zirytowana.
- Chyba śnisz, chojraku.
Wychodząc wreszcie z centrum, dziewczyna miała skompletowaną nową garderobę i wrażenie, że potrzebowała nowej szafy. Zdecydowanie. Ubrana w wygodne dżinsy, bluzę, pod którą miała jasny podkoszulek, a przede wszystkim buty zamiast kapci, usiłowała zapakować resztę zakupów do bagażnika. Szło jej to niezwykle mozolnie, więc Gerard tylko odpędził ją delikatnym ruchem ręki. Wsiadła do samochodu i położyła swoją niezawodną torbę na kolana, opierając głowę o szybę. Zakupy zmęczyły ją strasznie, jednak teraz przynajmniej czuła się znacznie bardziej komfortowo. Po chwili usłyszała tylko jak jej towarzysz wsiadł do samochodu, ale nie zwróciła na to uwagi, zagłębiona w swoich rozmyślaniach.
   Bała się. Obawiała wszystkiego. Zastanawianie się nad tym, co dalej pocznie z sekundy na sekundę coraz bardziej ją przerażało. Cały czas wmawiała sobie, że da radę, chociaż sama do końca w to nie wierzyła. W jaki sposób dotrze do domu i czy w ogóle jest sens tam wracać? Przecież ona nawet nie posiadała już prawdziwego domu. Wzdychając ciężko, spojrzała tępo na szybę, po której spływały drobne krople deszczu. Samotnie, niczym łzy. Miała wrażenie, że jeśli za chwilę się nie opanuje, to jej policzki zaraz będą wyglądały tak, jak całkowicie już mokre szyby. Pociągnęła lekko nosem i popatrzyła na chłopaka. Do tej pory chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, ile dla niej zrobił. Ocalił jej życie, a później dobrowolnie się nią zaopiekował. Była jego dłużniczką. Nie wiedziała, czy w jakikolwiek sposób zdoła mu się odwdzięczyć. Teraz jednak jej celem było dotarcie na stację kolejową, by znów mogła pojawić się w rodzinnym mieście. Ale czy naprawdę tego właśnie chciała? Odsunęła od siebie natychmiast wszelkie inne myśli i decydując, że tak każdemu będzie bardziej na rękę, zamierzała pożegnać się z Gerardem. Tak, musiała wysiąść tutaj. Dość kłopotu mu sprawiła i pewnie wiele namieszała, a brakowało jeszcze tego, by gdziekolwiek ją zawoził. Najlepszą nagrodą dla niego, według Leny, było zniknięcie z jego życia, zanim narobi w nim takiego bałaganu, jak w swoim. Postanowione. Obudziła się w niej optymistka i nie obawiając się już niczego, wierzyła, że sobie poradzi. Na pewno, dodała w myślach, bardziej sarkastycznie.
   On jednak skory był do tego, by odwieźć ją do domu. A właśnie, gdzie ona mieszkała? Właściwie nic o niej nie wiedział. Z wyjątkiem tego, że była nadzwyczaj niezdarna i posiadała nietypowe zwierzę.
- Hej! - powiedział nagle, jakby doznając olśnienia. - A gdzie twój opos?
Dziewczyna odwróciła się delikatnie w jego stronę, naciągając swoją koszulkę. Zwierzę wystawiło łebek spod jej bluzki i usadowiło się w samym dekolcie. Gerard zerknął w tamtą stronę, a Charlie obserwował go wyłupiastymi oczami. 
- Ten to ma dobrze - stwierdził, a zwierzątko z powrotem schowało się pod bluzkę Leny.
- Ja chyba już pójdę... I naprawdę dziękuję za wszystko.
Spojrzał na nią osłupiały. Chyba żartowała! Przecież tak padało! Nie śniło mu się nawet, by gdziekolwiek ją wypuszczać.
- Daj spokój, odwiozę cię. Mieszkasz daleko?
Uśmiechnęła się mimo woli. To było bez znaczenia. Musiała iść. Wiedziała, że tak będzie lepiej. Wbrew pozorom, w ten właśnie sposób okazywała mu wdzięczność. On też na pewno miał swoje sprawy i życie, a Lena nie chciała po prostu się wtrącać. Spoglądając na swojego towarzysza, dostrzegła przerażenie malujące się na jego twarzy. Szczerze nie chciał, by znów coś jej się stało. A z tego, co wiedział, to tamten psychopata, o którego nie zdążył jej jeszcze nawet zapytać, wciąż był na wolności. Kto wie, co jeszcze mogło jej grozić? Dziewczyna, widząc zatroskany wyraz jego twarzy miała ochotę go przytulić. Tak dawno nie czuła niczyjej bliskości. Starając się jednak myśleć racjonalnie, w geście pożegnania ścisnęła tylko jego dłoń.
- Przecież ty ledwo chodzisz... - westchnął, a Lena była zaskoczona tym, że tak się o nią martwił. Stanowił dotąd najlepszą rzecz, jaka mogła jej się w tym czasie przytrafić.
- Nic mi nie będzie, obiecuję.
Jeszcze raz obdarzyła go uśmiechem, po czym otworzyła drzwi i wyszła, tym razem bez żadnych problemów. Wzięła swoje rzeczy, patrząc przez chwilę na chłopaka. Odwróciła się na pięcie i już miała zamiar odejść, ale Gerard złapał ją za nadgarstek i została zmuszona się zatrzymać. Przyciągnął ją do siebie i stanął naprzeciwko. Zdziwiona, zatrzymała się przy nim i prostując się spojrzała na niego nieśmiało. Tym razem nie mogła dać się złapać w tę... pułapkę. Wstrzymała oddech, modląc się w duchu, by nie zrobiła się czerwona. Chyba jednak na darmo.
- Jeszcze jedno - odezwał się, cały czas trzymając jej dłoń. Poczuła na policzku jego gorący oddech. - Miło było cię poznać.
Odsunął się od niej, a ta z ulgą wypuściła powietrze. Lekko zmieszana, czym prędzej ulotniła się z tamtego miejsca, nie wiedząc tak naprawdę, co o tym myśleć. Serce waliło jej jak oszalałe, a ona marzyła tylko o tym, by znaleźć jakiś kawałek ściany i zdrowo uderzyć w niego głową.
   Zaczęło mocniej padać, a niebo zrobiło się szare. Zresztą tak, jak wszystko wokół. Nijakie i pozbawione życia. Wszystko to, co jeszcze przed upływem kilku minut zdawało się być kolorowe.

Rozdział 2

   Potop słonecznego blasku, który uporczywie wdzierał się przez szyby, budził Lenę ze snu. Z cichym jękiem uniosła głowę, by przetrzeć oczy rękoma. Jej ciało było odrętwiałe, jak gdyby nie używała go od bardzo dawna. Z wolna uchyliła powieki, wciąż nie mogąc pozbyć się sennego otępienia. Dopiero po chwili zdołała się zorientować, że znajdowała się w samochodzie, a dość częste drgania i warkot silnika pozwoliły jej na potwierdzenie tejże tezy. W powietrzu unosiły się drobne pyłki kurzu; dziewczyna odruchowo drapnęła swędzący nos. Na jej twarzy pojawił się pewien grymas i z trudem przewróciła się na drugi bok, próbując znaleźć jak najwygodniejszą dla siebie pozycję. Tylne siedzenie nie należało bowiem do najbardziej komfortowych, a już szczególnie wtedy, kiedy miało się obolałe całe ciało. Z trudem, ponownie otworzyła zapuchnięte powieki, czując, że auto nagle się zatrzymało. Ktoś wyszedł z niego po chwili, kierując się w stronę przeciwnych drzwi. Otworzył je szeroko i zaczął pomagać dziewczynie wydostać się z samochodu. Upadła. Nieznajomy złapał ją mocno w pasie, umożliwiając przy tym stanięcie na nogi. Kiedy ją puścił, zatoczyła się i pewnie po raz kolejny znalazłaby się na ziemi, gdyby nie jego szybki refleks.
- Wszystko w porządku? - spytał i wziął niezbyt starannie owiniętą w koc Lenę na ręce. - Nie możesz wytrzymać sekundy bez siniaków, nie?
Wymruczała niezrozumiale pod nosem coś w formie odpowiedzi i próbowała dłonią odgarnąć kosmyki włosów z czoła. Mimo opuchniętych powiek, zdołała odczytać napis ,,feed me'' (nakarm mnie), który, o ile się nie myliła, był czerwonego koloru i znajdował się na czarnej koszulce mężczyzny. Nie zwróciła nawet uwagi na jego twarz. Ten tekst momentalnie zmroził krew w jej żyłach. Miała tylko szczerą nadzieję, że to nie żaden mutant, wampir, czy kanibal, który zapragnął ją pożreć, jednak w głowie zaczynała sobie układać najgorsze scenariusze. A owinięta w ten koc czuła się jak naleśnik. Pocieszała się chociaż tym, że nie wyglądała raczej zbyt apetycznie, ale skąd mogła wiedzieć, czy dla niego miało to jakiekolwiek znaczenie.
- Kim ty jesteś? Postaw mnie na ziemi! Postaw, ale już! Ktoś cię prosił o pomoc?
Choć była słaba, wystarczyło jej siły na zadawanie setek pytań, ledwo wydobywając z siebie głos. Piszczała i jęczała, uderzając w plecy osobnika, który niósł ją na rękach. Robiła to tak delikatnie, że prawdopodobnie tego nie odczuł. Rozumiał, że była w szoku, ale zachowywała się jednocześnie na tyle zabawnie, iż był w stanie nawet kilka razy zanieść się głośnym śmiechem. 
- Co ja jeszcze miałem kupić? - Podrapał się w głowę i całkowicie ignorując uwagi dziewczyny, spojrzał na nią znacząco. - A, tak! Melissa na uspokojenie komuś na pewno się przyda.
   Wchodząc do hotelu przez duże, oszklone drzwi, zatrzymał się w recepcji i poprosił kobietę, która się tam znajdowała, o pomoc i opiekę nad Leną. Uprzednio wręczył jej klucz do wcześniej wynajętego przez niego pokoju i udał się na zakupy oraz małą przejażdżkę. 
   Kobieta od razu ruszyła zza lady i wykonała polecenie młodzieńca. Zaoferowała pomoc w przeróżnych zabiegach, z czego dziewczyna chętnie skorzystała. Należało do nich przede wszystkim umycie całego ciała, włosów oraz zębów. Odświeżona, wyszła z łazienki owinięta w ręcznik i pozwoliła, by kobieta zadbała o jej paznokcie. Później, jej tymczasowa opiekunka, jak ją w duchu, słusznie zresztą, nazwała, posmarowała balsamem rany na ciele Leny i jeszcze raz przemyła twarz, na której były one najbardziej widoczne. Zakończyła wreszcie swą pracę, a dziewczyna, czując się już znacznie lepiej, niejednokrotnie wyrażała jej swoją wdzięczność. Widząc jednak zmęczenie Leny, kobieta pomogła usadowić się jej na łóżku, a ta, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, natychmiast znalazła się w objęciach Morfeusza. Opiekunka przykryła ją delikatnie kołdrą, po czym wychodząc, bezszelestnie przymknęła drzwi.
   Kiedy dziewczyna wreszcie się obudziła, podniosła się na łokciu i odruchowo zerknęła na zegar, który znajdował się naprzeciw łóżka. Od razu przypomniały jej się wydarzenia z poprzedniego dnia, w skutek czego momentalnie zaczęła boleć ją głowa. Dotknęła swojej twarzy, a następnie powoli podeszła do wielkiego lustra stojącego w pokoju. Upewniając się wcześniej, że drzwi zostały zakluczone, zrzuciła z siebie ręcznik. Na nogach miała kilka ran i siniaków. Zdarte łokcie i porysowane uda oraz wiele innych otarć stanowiły tylko cząstkę najgorszego. Największą pamiątkę po sobie złoczyńca zostawił na plecach. Szrama ciągnąca się od samych łopatek aż po pas wprowadziła Lenę w zakłopotanie, ponieważ nie prezentowała się zachwycająco, jak zresztą wszystkie pozostałe, i piekła niemiłosiernie. No cóż, mogła zapomnieć o krótkich spodenkach, koszulkach i letnich sukienkach, a o jakimkolwiek chłopaku co najwyżej pomarzyć. Doskonale wiedziała, że nikogo nie znajdzie z takim pokiereszowanym ciałem, a patrząc na swoją zapuchniętą twarz i czerwone, podkrążone oczy miała ochotę rozbić lustro na najdrobniejsze kawałki. W sumie to dziwiła się, że samo jeszcze nie pękło. Może to i lepiej, bo nie miałaby nawet pieniędzy na zakupienie nowego. 
   Z powrotem owinęła się ręcznikiem i podążając w stronę łazienki, starała się nie myśleć o swoim wyglądzie, bo przecież mawiano, że to nie on odgrywał najważniejszą rolę. Powinna się cieszyć, że udało jej się wyjść cało z opresji dzięki... no właśnie, dzięki komu? Nie pamiętała swojego wybawcy. Nie pamiętała jego twarzy, głosu, żadnego detalu. Nie wiedziała, jak się nazywał. Nie wiedziała, kogo szukać, ale postanowiła nie panikować i nie przejmować się tą pustką, która znów ogarnęła jej umysł.
   Zdecydowała się ubrać i jak najszybciej pójść do recepcji, licząc na to, że kobieta, która o nią zadbała, będzie wiedziała coś na temat bezimiennego gościa, a co więcej, podpowie, w jaki sposób mogłaby się z nim skontaktować. Wypadałoby chociaż podziękować, czyż nie?    
   Zatrzymała się jednak przy wyżej wymienionej czynności. Pominęła jeden, istotny szczegół. Nie miała, w co się ubrać. Jej strój był jedną wielką kupą błota i szmat. Tak, dokładnie w tej kolejności. Jakże się ucieszyła, że ta wspaniałomyślna kobieta, której nadała teraz miano anioła, uprała chociaż jej bieliznę. Nałożyła ją na siebie, przygryzając wargę. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że nie pokaże się w niej samej. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Jedyne, co przykuło jej uwagę to męska koszula i bokserki. Westchnęła z rezygnacją i stwierdzając, że nie miała innego wyboru, zaczęła wkładać na siebie strój. Domyślała się, że ubranie należało właśnie do jej wybawcy i jedyne, co mogła o nim powiedzieć to to, że pachniał wyjątkowo ładnie. 
   Lena wiedziała, że należała do osób szczupłych, ale nie sądziła, że aż tak! W jego koszuli mogła się utopić, a bokserki musiała przytrzymać, żeby się nie zsunęły. Na nogi włożyła hotelowe kapcie i poczłapała na dół, wyglądając jak ofiara. Strój przynajmniej częściowo zakrywał to, co miał zakrywać, a było to chyba jego jedynym plusem. O uda dziewczyny obijała się czarna torba z kilkoma przypinkami wychwalającymi muzykę, tudzież jakieś zespoły rockowe. Mało brakowało, a Lena zaliczyłaby upadek, co w jej przypadku okazałoby się całkiem normalne, potykając się właśnie o nią, w momencie kiedy zsunęła się z ramienia. Opos będący w środku wychylił lekko łebek i obwąchał wszystko, po czym z powrotem go schował. Dokładniej to Lena wcisnęła mu go do torby, po chwili znajdując się już przy recepcji. Za ladą stała kobieta w średnim wieku, uśmiechając się do niej serdecznie. Poznała ją. To właśnie ona się nią zajęła.
- Mężczyzna, który panią tu przywiózł właśnie wraca ze stacji benzynowej - udzieliła Lenie informacji, po czym spuściła wzrok i zaczęła notować coś na kartce.
Młoda dziewczyna natomiast rozejrzała się po pomieszczeniu. Panowała spokojna atmosfera, a wnętrze prezentowało się całkiem przyzwoicie. Przez otwarte okno wdzierały się nieśmiałe promienie słońca, a morelowe firany, łagodnie popychane przez podmuch wiatru, wirowały raz po raz. Tak samo, jak kartki zeszłorocznego kalendarza, którego prawdopodobnie nikomu nie zachciało się do tej pory zmienić. Podejrzewała nawet, że później zaczął chyba służyć bardziej jako ozdoba, niż przyrząd do mierzenia czasu. Światło słoneczne odbijało się o czystą powierzchnię lustra wiszącego na ścianie obok, sprawiając, że niewidoczny dotąd kurz unoszący się w powietrzu, mienił się jasno. W rogu stał automat z kawą i słodyczami, a Lena w momencie gdy go dostrzegła, usłyszała jak rozległ się głośny dźwięk dobiegający z jej żołądka. No tak, nie jadła niczego od dwóch dni. Posmutniała, orientując się, że brak jej jakichkolwiek funduszy. Zrezygnowana ruszyła w stronę wyjścia, zauważając, że kobieta przez cały czas ją obserwowała, uśmiechając się sztucznie. Nie przestawała ani na chwilę, a Lena śmiała już sądzić, że być może miała jakieś problemy ze szczęką. W końcu odwzajemniła jako tako ten nachalny gest i pchnęła główne drzwi.
   Znajdowała się na podjeździe hotelowym, wypatrując swojego wybawcy. Nie było to łatwe, ponieważ nie wiedziała, jak wyglądał. Nic nie wiedziała. Odwróciła się za siebie, mogąc teraz podziwiać hotel od zewnątrz. Cóż, wydawał się naprawdę luksusowy. Właściwie taki był. Następnie spostrzegła kilka osób - jak stwierdziła po ich ubiorze i autach, z których wysiadali - nieprzeciętnie bogatych. Lena z pewnością do nich nie pasowała i zaczęła zastanawiać się, dlaczego on zawiózł ją w takie miejsce. Mógł przecież wybrać jakiś tańszy hotel, zaoszczędzając tym samym wydane na nią pieniądze. Tak zastanawiając się, dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że stała w samym środku przejścia, uniemożliwiając innym wejście do budynku. Ludzie obrzucali ją tylko obojętnym spojrzeniem i zdawali się być niekoniecznie mili. Niektórzy natomiast spoglądali po sobie, wymieniając się uwagami zapewne na jej temat.
   Pokonała kilka schodków i upewniając się, że nie stanowiła już dla nikogo przeszkody, zajrzała do wnętrza swojej torby. W oczy od razu rzuciły jej się zniżki na jedzenie w McDonald's, o których całkowicie zapomniała. Chcąc wyciągnąć niewielkie karteczki, wiatr, który akurat przeszył jej ciało, równocześnie wyrwał je z rąk dziewczyny, powodując chwilowy, papierowy deszcz. W rezultacie znalazły się one w kałuży, po brzegi wypełnionej błotem. Jak głupia rzuciła się na nie tak, jakby były jakimiś wartościowymi, złotymi monetami. Chociaż, kiedy dopadł ją głód, wszystko było jej obojętne – czy to zwykłe zniżki, czy monety. Upadła wprost w samo błoto, w dodatku przejeżdżający samochód dwukrotnie poprawił jej wizerunek. Torebka przewieszona przez ramię samoistnie otworzyła się, jednocześnie wypuszczając na wolność zwierzątko w niej dotąd będące. Czy ono zawsze musiało uciekać?
- Charlie! – krzyknęła żałośnie, patrząc na oposa, który właśnie beztrosko biegł sobie ulicą, czerpiąc rozrywki. – Charlie, wracaj!
Pokonywała setki metrów, prawie ślizgając się po mokrym od porannego deszczu asfalcie. Wiatr wiał z niesamowitą prędkością, wymachując włosami Leny na wszystkie możliwe strony, tym samym ograniczając jej widoczność. Jedyne, co zdołała usłyszeć w tym całym istniejącym chaosie to przeraźliwe dźwięki klaksonów aut i jeszcze gorsze groźby kierowców. Ale czego się nie robi dla ulubionego pupila?
   W końcu, po wielu próbach udało jej się złapać nieznośne zwierzę. Wylądowała wraz z nim na ziemi, wyglądem przypominając potwora z bagien. Z ociąganiem podniosła się i ponownie wsunęła oposa do torebki, ostrzegając, by więcej nie uciekał, bo wtedy ,,porozmawiają w inny sposób''. Przecierając dłonią brudną od błota twarz, poczuła gwałtowne szarpnięcie w bok, a chwilę później leżała na chodniku. Już zamierzała się wydrzeć, kiedy to dokładnie parę centymetrów od niej przejechał rozpędzony tir.
- Nie słyszałaś jak trąbił?! - zapytał jakiś człowiek stojący przed Leną. 
W obecnej chwili mogła mu się przyjrzeć tylko od pasa w dół, tak więc wyciągnęła rękę, a on pomógł jej wstać. Zamiast odpowiedzieć, westchnęła ciężko i zakołysała się na nogach. Otrzepała się niedokładnie, a później spojrzała na chłopaka, jak się okazało. Miał ciemne włosy i jasną karnację. Wpatrywał się w nią zielonymi, z domieszką brązu, oczyma, a jego delikatnie zadarty nos dodawał mu chłopięcego uroku. Nosił dżinsowe spodnie, czarne trampki i koszulkę tego samego koloru. To właśnie na niej wzrok Leny się zatrzymał, kiedy ujrzała znajomy napis. Po tym rozpoznała swojego wybawcę. Spojrzała na niego z przestrachem, tak, jakby rzeczywiście chciał ją pożreć, choć wcale nie wyglądał na takiego, który mógłby to zrobić. Prawdopodobnie odgadnął, co miała na myśli i uśmiechając się, poprawił koszulkę.
- Nie martw się, nie jestem głodny. Może innym razem... - Wystawił język, a widząc minę Leny nie potrafił powstrzymać śmiechu. Ona natomiast dopiero wtedy, gdy zorientowała się, że żartował, odetchnęła z ulgą. - Mogę cię zapewnić, że nie mam wobec ciebie złych zamiarów. A zostawiając cię samą tam, gdzie cię zastałem, okazałbym się kretynem. Próbowałem dowiedzieć się, gdzie mieszkasz, ale z racji tego, że straciłaś przytomność, przywiozłem cię tutaj. Poza tym myślałem, że ta kobieta zaoferuje ci pomoc i z niej skorzystasz.
Mając przed sobą ten żałosny widok, pokręcił tylko głową, a jego oczy omal nie wyszły na wierzch. Wszystko to, co powiedział dotarło do Leny dopiero po chwili. Nogi, miękkie jak z waty, uginały się pod nią i wciąż w niego zapatrzona, próbowała się uśmiechnąć. Jednak mina rozmarzonej idiotki chyba nie do końca zniknęła z jej twarzy.
- I tak było, bez zastanowienia przyjęłam jej pomoc. Wspaniała kobieta... Ach, mówisz o tym! Wylądowałam w błocie, udając się w pogoń za moim oposem...
- Twoim czym?!
Nie musiała nawet odpowiadać, gdyż zwierzątko samo po chwili, jakby zwabione hasłem ,,opos'', pojawiło się na ramieniu Leny, delikatnie łaskocząc ją po policzku wąsami. Na ten widok chłopak zrobił przerażoną, a zarazem zaskoczoną minę.
- Skąd wzięłaś tego szczura?! Jest obrzydliwy i na pewno śmierdzi.
- Teraz przegiąłeś! To opos, nazywa się Charlie. I wcale nie śmierdzi, jest kochany - odpowiedziała krzyżując ręce na piersi, a później zaczęła udawać obrażoną księżniczkę. - Chodź, Charlie. Ten pan cię chyba nie lubi...
Włożyła zwierzątko tam, gdzie, teoretycznie, było jego stałe miejsce i zasunęła suwak do połowy. Chłopak, patrząc się na nią co najmniej tak, jakby była z kosmosu, podał jej chusteczkę, którą po chwili wytarła swoją brudną twarz.
- Może mi powiesz, że masz jeszcze surykatkę?
- Nie mam, ale wiesz co? Myślałam o tym.
- Dlaczego mnie to nie dziwi?
- A ty potrafisz tylko zadawać pytania?
- Nie, potrafię też ratować cudze życie i właśnie staram się znów to zrobić - Wskazał palcem w kierunku kolejnego pędzącego auta, delikatnie spychając dziewczynę na bok. - Chodź, zanim wpadniesz pod następny samochód...